Przez 3 miesiące jeździłem tylko rowerem. „Panie, jak tak można?”. Jazda rowerem jesienią i zimą po Krakowie

Na przełomie wrześnie i października zapadła decyzja o przeprowadzeniu eksperymentu. Do świąt Bożego Narodzenia mam jeździć po Krakowie tylko na rowerze. Prawie wszędzie, to znaczy – na uczelnię, na zakupy czy do centrum handlowego. Powód był prosty. Zauważyłem, że rozkład jazdy tramwajów nie jest elastyczny. Albo jestem na uczelni 30 minut przed zajęciami, co dla studenta jest czasem życia i śmierci, albo jestem spóźniony. Dodatkowo, cena miesięcznego biletu nie zadowala, mimo tego, że korzystam ze zniżek studenckiej. Jak się okazało rowerowy eksperyment dał coś więcej niż oszczędność czasu i pieniędzy. Co dokładnie? O tym poniżej.

Czy jazda rowerem jesienia i zimą ma sens, czyli dlaczego w ogóle zrobiłem ten eksperyment?

Motywacje były proste. Oszczędzić czas i pieniądze na bilet, uelastycznić mój harmonogram i styl życia. Chciałem sprawdzić, czy faktycznie rower to „całoroczny” środek transportu. Jednocześnie dla mnie, jako człowieka świadomego, próbującego utrzymać formę i zdrowie, rower stał się faktycznie jedynym sposobem na codzienną aktywność fizyczną, co w realiach ciągle napiętego grafiku oraz stresu naprawdę jest kluczowe i wręcz obowiązkowe.

Założyłem, że będę podróżował po Krakowie tylko na rowerze. Wyjątkiem były dłuższe wyjazdy lub okoliczności, które wymagały elegantszego stroju – takie jak konferencje czy ważniejsze wydarzenia. Dojazd na uczelnię czy do sklepu odpuszczałem sobie podczas większych opadów śniegu i deszczu. W ten sposób nie straszne były mi mrozy czy lekkie deszcze.

Jak wyglądał mój typowy rowerowy dzień?

W moim przypadku to właśnie czwartek można uznać za podręcznikowy przypadek optymalizacji czasu dzięki dojazdom rowerem. Jako iż zajęcia zaczynam już o godzinie ósmej, to zwykle od godzinie siódmej minut piętnaście musiałem opuścić stancję, żeby w sam raz zdążyć na uczelnię. Wszystko zmieniło się dzięki rowerowi. Podróż na uczelnię skróciła się do nawet 10 minut! Po zajęciach, które kończyłem po szesnastej jechałem na zakupy do okolicznych dyskontów. Niezbędny okazał się pojemny plecak zdolny pomieścić ziemniaki, pieczywo, kaszę oraz wiele paczek z mrożonymi warzywami, które stały się niezastąpione podczas zimy, gdy na sklepowych półkach nie znajdę typowo polskich sezonowych produktów.

Parkingi i stojaki

Rower zwykle zostawiałem w garażu, do którego posiadałem klucz. Przez to rower był bezpieczny oraz niezwykle szybki do wyjęcia. Pod uczelnią czy sklepem rower zostawiałem przypięty do stojaka za pomocą specjalnego metalowego przypięcia. Doskonale zdaje sobie sprawę z kradzieży rowerów w Krakowie, dlatego sam korzystam z kilku zasad, które w pewien sposób minimalizują ryzyko kradzieży mojego pojazdu sprzed miejsc publicznych. Oto one:

  • Rower zostawiam jedynie w miejscach do tego przystosowanych. Nie przy ulicy w losowym miejscu, nie przypiętym do słupka przy drodze.
  • Rower staram się pozostawiać na czas jak najkrótszy
  • W miejscach publicznych zostawiam go w świetle kamer, które w przypadku problemów mogą pomóc w namierzeniu sprawców – tak przynajmniej wierzę (a nadzieja matką głupców)

Ubiór

W czasie eksperymentu rękawiczki okazały się niezastąpione. Podobnie było z czapką oraz kominem, który gwarantował ciepło nawet podczas najsilniejszych wiatrów.

Październik. czyli początki bywają najcięższe

Doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie jestem przyzwyczajony do porannych przejażdżek rowerowych. W ciągu wakacji podróżowałem dużo, ale nie tak często. Poza tym wybierałem dłuższe, spokojniejsze trasy. Jeździłem w celach turystyczno-rekreacyjnyh. Od października wszystko miało się zmienić. Liczyła się szybkość – najwazniejsze to zdążyć na zajęcia i w miarę bezpiecznie pokonać trasę prowadzącą nieopadal często uczęszczanych tras. Jesli chodzi o pgoodę to październik w Krakowie zaskoczył nas słońcem, przez co w grę wchodziły jedynie przejściowa odzież np. kurtka skórzana.

Listopada, czyli jak żyć Panie premierze?

W listopadzie dni stały się krótsze, a więc z uczelni musiałem wracać, gdy na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Ponadto, nieraz musiałem przedzierać się przez mgłę. W takich wypadkach odpowiednie oświetlenie rowerowe to must-have. Ponadto w grę weszła już nieco grubsza kurtka, rękawiczki oraz szalik. Mimo to trzeci tydzień listopada spędziłem chory w łóżku. Nie byłby sobą gdybym do apteki czy do sklepu do warzywa do rosołu nie pojechał rowerem. Rower stał się uzależnieniem, ale z którym nie zamierzam walczyć.

Grudzień, czyli „Panie, jak tak można? Nie za zimno?”

I przyszedł świąteczny miesiąc. Teraz oprócz porannych i wieczornym mgieł musiałem zmagać się z zaśnieżonymi i oblodzonymi trasami. Zdradzę przepis, który ocalił moje zdrowie i zycie. Kluczowa jest jazda po drogach w kolorze w czarnym, gdzie nie na śniegu. Poza tym zakręty należy mijać bardzo powoli. W czasie wizyty u fryzjera, do którego przyjechałem, a jakże na rowerze, zostałem zapytany przez panią fryzjerkę o to jak jeździ się zimą:

Proszę Pana, jak tak można? Nie za zimno Panu?

Odpowiedz zawsze jest ta sama:

Wystarczy się cieplej ubrać, poza tym jest zdrowiej oraz szybciej.

Wnioski, czyli co mnie najbardziej zakoczyło

Myślę, że w tym momencie narzucają się typowe wnioski – było szybciej, ekologiczniej i taniej. Jak najbardziej zgadzam się. Najbardziej zakoczyły mnie jednak reakcje ludzi: „Jak można jeździć podczas gdy sypie śnieg?” albo „Ciekawe, czy mu nie zimno?”. Jeśli chodzi o wymówki, to nie miałem wymówek. Doskonale wiedziałem, że rower stanowi jedyny elastyczny i sprawny środek transportu. Ponadto moja odporność psychiczna wzrosła. Nie straszne mi były deszcze niespokojne, porwiste wiatry czy mrozy.

Ten eksperyment nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy: większość barier istnieje tylko w głowie. Zimno? Da się ubrać. Deszcz? Da się przeczekać albo ominąć. Śnieg? Da się jechać wolniej i ostrożniej. Najtrudniejsze nie były warunki, tylko przełamanie automatyzmu myślenia, że „jak jest jesień albo zima, to się nie jeździ”.

Komu polecam udział w eksperymencie, czyli czy warto jeździć jesienią na rowerze?

Ten eksperyment nie jest dla każdego i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Jazda rowerem jesienią, czyli od października do grudnia po mieście to nie jest romantyczna wizja z Instagrama, tylko codzienność złożona z zimnych poranków, mokrych rękawiczek i momentów, w których naprawdę zadajesz sobie pytanie: „po co mi to było?”. Mimo to są grupy osób, którym taki eksperyment polecam bez wahania.

Po pierwsze – studentom. Zwłaszcza tym, którzy mają nieregularny plan zajęć, okienka, ćwiczenia raz o ósmej, raz o siedemnastej. Rower daje coś, czego komunikacja miejska nigdy nie da: pełną kontrolę nad czasem. Nie interesuje mnie rozkład jazdy, objazdy ani to, że „tramwaj utknął”. Wsiadam i jadę. Dla studenta, który często żyje od zajęć do zajęć, to różnica ogromna – i nie przesadzam.

Po drugie – osobom, które cenią elastyczność i nie lubią czekać. Jeśli irytuje cię stanie na przystanku w deszczu albo świadomość, że jesteś w mieście „uwiązany” do rozkładu jazdy, rower bardzo szybko stanie się twoim sprzymierzeńcem. Jesienią i zimą paradoksalnie działa to jeszcze lepiej, bo ruch na ścieżkach jest mniejszy, a miasto jakby trochę zwalnia.

Po trzecie – ludziom, którzy chcą wcisnąć aktywność fizyczną w codzienność, a nie dorzucać ją jako kolejny obowiązek. Nie oszukujmy się: po całym dniu zajęć albo pracy mało kto ma ochotę jeszcze „iść pobiegać” czy „wyskoczyć na siłownię”. Rower rozwiązuje ten problem w sposób brutalnie prosty – ruch dzieje się przy okazji. Jedziesz na uczelnię, do sklepu, do apteki. Bez planowania, bez motywacyjnych cytatów.

Ale są też osoby, którym tego eksperymentu nie polecam – przynajmniej nie w takiej formie.

Jeśli ktoś:

  • panicznie boi się jazdy w ruchu miejskim,
  • nie jest gotów zainwestować choć minimalnie w oświetlenie i ciepły ubiór,
  • oczekuje komfortu „jak w samochodzie” albo „jak w tramwaju”,
  • albo traktuje rower wyłącznie jako letnią rekreację,

to bardzo możliwe, że szybko się zniechęci. I to jest okej. Rower nie musi być religią ani ideologią. To narzędzie. Dla jednych idealne, dla innych zupełnie niepraktyczne.

Czy warto jeździć jesienią na rowerze? Tak – jeśli wiesz, po co to robisz. Nie dlatego, że „tak trzeba”, nie dlatego, że „ekologicznie”, nie dlatego, że ktoś na Twitterze powiedział, że prawdziwy rowerzysta jeździ cały rok. Warto wtedy, gdy widzisz realne korzyści: czasowe, finansowe, psychiczne.

Podsumowanie

Ten eksperyment nie zrobił ze mnie rowerowego fanatyka. Zrobił coś lepszego – pokazał, gdzie kończą się mity, a zaczyna codzienność. Dla ciebie, czytelniku mam radę, która w wielu momentach daje mi kopą w tyłek i zmusza do działania:

Kto chce znajdzie sposób, kto nie chce, znajdzie wymówkę.

Moja Mama

Udostępnij

Michał
Michał

Pasjonat rowerów, autor niniejszego bloga.
Uważam, że rower to jeden z najbardziej genialnych wynalazków ludzkości.
Nieważne są parametry - ważne, że jeździ!

Odpowiedz!